Adaptacja do przedszkola to wspólna praca dorosłych.

Jednym z najważniejszych wniosków, do których doszłyśmy przez lata pracy z dziećmi i rodzicami, jest ten, że kiedy dziecko idzie do przedszkola, adaptuje się nie tylko ono – adaptuje się cała rodzina.
Zmienia się świat dziecka, ale również świat jego rodziców. To oni muszą
oddać część opieki i odpowiedzialności za dziecko komuś innemu, nauczyć się ufać początkowo obcym ludziom i zaakceptować, że nie będą już obecni przy wszystkim, co wydarza się w jego życiu. Nauczyciel z kolei musi mieć świadomość, że nie zaczyna pracy wyłącznie z dzieckiem, ale również z jego rodzicami – ich oczekiwaniam
i, sposobem patrzenia na dziecko i przekonaniami o tym, czego ono potrzebuje.
Zanim powstało nasze przedszkole
Zanim założyłyśmy przedszkole, przez wiele lat prowadziłyśmy zajęcia adaptacyjne dla małych dzieci i ich rodziców. Spotykałyśmy się ze stałymi grupami w cyklach trwających 10 miesięcy, trzy razy w tygodniu. Rodzice byli z nami w sali, więc miałyśmy wyjątkową możliwość obserwowania nie tylko dzieci, ale również ich opiekunów.
Wielokrotnie obserwowałyśmy niezwykłe współgranie emocji rodzica i dziecka. Kiedy mama czy tata byli bardzo zatroskani, zmartwieni i przestraszeni, napięcie pojawiało się również u dziecka i trudniej było mu zostać na sali. I odwrotnie, im bardziej rodzic ufał swojemu dziecku i dorosłym, którym je powierzał, tym spokojniej ten proces przebiegał.
Na szczęście przez ostatnią dekadę zmieniło się również samo myślenie o adaptacji. Metody, które kiedyś uważano za normalne, choćby wyjście rodzica bez pożegnania, kiedy dziecko akurat się czymś zajęło, czy zabieranie płaczącego dziecka od rodzica – zawsze były nam obce. Same przeżywałyśmy adaptację z własnymi dziećmi i to doświadczenie również stało się dla nas punktem zwrotnym i jedną z podstaw do stworzenia łagodnej adaptacji oraz pracy z rodzicami i dziećmi opartej na szacunku.
Dziecko zasługuje na informację, że rodzic wychodzi. Nie chcemy go oszukiwać ani zabawiać po to, żeby nie zauważyło rozstania.
Adaptacja przez pracę dziecka
Podążając za pedagogiką Marii Montessori, naturalnie zaczęłyśmy łączyć adaptację z tym, co jest dla nas podstawą czyli: przygotowanym otoczeniem, pracą z rodzicem nad stopniowym wyjściem z sali oraz nauczycielską autorefleksją.
Zanim przyjmujemy dziecko na salę, zawsze rozmawiamy z rodzicami. Ważne jest dla nas, aby poznać perspektywę obojga opiekunów. Na tej podstawie przygotowujemy otoczenie i pomoce, które mogą wesprzeć malucha.
Podstawą jest dział życia codziennego, czyli przedmioty i czynności, które są dla dziecka naturalne i znajome. To aktywności, które na co dzień wykonują dorośli w domu, a które małe dzieci uwielbiają: mycie rąk, przesypywanie, przelewanie wody, nawlekanie, przekładanie, otwieranie, zamykanie i wkładanie.
Dziecko w tych aktywnościach zajmuje ręce i głowę czymś, co jest dla niego naprawdę interesujące. Nie chodzi o to, żeby dać mu zabawkę i odwrócić uwagę od rodziców. Wiemy, że tęsknota nie znika. Tyle że obok niej pojawia się coś jeszcze: ogromna ciekawość. Dziecko chce przelać wodę. Chce jeszcze raz przesypać ryż. Chce sprawdzić, co jest w pudełku. Zaczyna pracować i potrafi się na tej pracy skoncentrować. Wtedy tęsknota powoli schodzi na drugi plan. Nie znika, ale nie jest już jedynym doświadczeniem dziecka w trakcie adaptacji.
Dziecko uczy się również, że może zaufać komuś spoza rodziny, buduje więź i relację z nauczycielką. Rodzic natomiast widzi, że ktoś poza nim również zauważa i wspiera jego dziecko. Obserwuje, jak nauczycielka pomaga dziecku, prezentuje mu pracę, idzie z nim do toalety czy asystuje podczas posiłku.
To doświadczenie bywa dla rodziców bardzo trudne: pozwolić nauczycielce pomóc własnemu dziecku. Nie wstawać natychmiast, gdy maluch się przewróci. Nie uprzedzać: „Ono tego nie lubi”, „Ono samo tego nie zrobi”.
Nauczycielka pod lupą
Przez lata prowadzenia zajęć adaptacyjnych byłyśmy pod nieustanną obserwacją rodziców. Patrzyli, jak reagujemy na ich dziecko, jak mu pomagamy, jak radzimy sobie w trudnych sytuacjach. Zdarzało się, że rodzic przerywał naszą interakcję albo z lękiem wołał: „O matko, przewróci się!”. Dla nauczycielki taka ciągła obserwacja i ocena również może być źródłem napięcia.
Dlatego częścią naszej pracy stała się autorefleksja – rozmowy o trudnych sytuacjach, superwizje i przyglądanie się własnym emocjom.
Z czasem nauczyłyśmy się dostrzegać, że za kontrolą czy uwagami rodzica często kryje się lęk przed oddaniem własnego dziecka komuś innemu. Rolą nauczycielki jest ten lęk zauważyć i uszanować, ale jednocześnie pozostać w kontakcie z własnymi emocjami. Dzięki doświadczeniu i ciągłej autorefleksji nauczycielka może stać się przewodnikiem rodziny w procesie adaptacji – kimś, kto widzi nie tylko dziecko, ale również dorosłych i emocje, z którymi wchodzą w ten proces.
Jak wyglądają adaptacje?
Przez lata zobaczyłyśmy chyba wszystkie możliwe warianty adaptacji. Dzieci, które płaczą, i takie, które nie płaczą wcale. Takie, które przez długi czas siedzą przy rodzicu i nie chcą zrobić kroku w stronę sali, i takie, które wchodzą bez zawahania. Rodziców, którzy potrafią usiąść z boku i obserwować, i takich, którym bardzo trudno oddać choć kawałek opieki nauczycielce. Nie ma jednego scenariusza.
1. Płacz i trudne emocje dziecka
Dziecko podczas adaptacji może płakać i cierpieć, a rodzicom często bardzo trudno jest wytrzymać płacz i smutek własnego dziecka. Budzą się w nich wyrzuty sumienia i wątpliwości.
Naszym zadaniem jako nauczycielek Montessori jest podejść z szacunkiem do emocji dziecka. Ale szacunek nie oznacza dla nas, że będziemy je za wszelką cenę zabawiać, zagadywać, dawać zabawki czy odwracać uwagę, żeby pozostało w iluzji, że nic trudnego właśnie się nie wydarzyło. Nazywamy emocje i jesteśmy w nich razem z dzieckiem. Czasem wystarczy kilka słów: „Widzę, że jest ci smutno. Chciałbyś być teraz z mamą”. I napięcie trochę ustępuje.
Szacunek oznacza dla nas bycie z dzieckiem również w smutku, uszanowanie jego tęsknoty i rozłąki.
Jeśli dziecko przejdzie na drugą stronę tego doświadczenia przy obecności wspierającego dorosłego, może zacząć budować własną strategię radzenia sobie z rozłąką: mama wyszła, było mi trudno, tęskniłem, ktoś był przy mnie, poradziłem sobie, mama wróciła.
Nie oznacza to oczywiście pozostawienia dziecka, żeby „się wypłakało”. Są momenty, kiedy napięcie staje się tak duże, że widzimy, iż nie chodzi już tylko o tęsknotę. Dziecko rozpada się dosłownie z powodu wszystkiego. Płacze, bo ma usiąść przy stoliku, bo samo poszło siusiu, bo inne dziecko coś do niego powiedziało. Każda kolejna rzecz staje się zapalnikiem.
Jeśli mimo naszego wsparcia napięcie nie spada, nie widzimy sensu w zatrzymywaniu dziecka za wszelką cenę. Prosimy rodzica i nazywamy sytuację: „Na dzisiaj wystarczy. Jutro próbujemy ponownie”.
2. „Siedzi przy mamie, ale już się adaptuje”
Są też dzieci, które nie płaczą, ale po prostu nie zamierzają opuścić rodzica. Siedzą przy mamie czy tacie i jasno dają do zrozumienia: ja zostaję tutaj z rodzicem.
Próbujemy różnych strategii, proponujemy aktywności, jesteśmy obok. I obserwujemy. Bo z naszej perspektywy takie dziecko też bierze udział w adaptacji.
Siedzi przy mamie, ale patrzy. Widzi dzieci, obserwuje nauczycielkę, słyszy, co mówimy. Poznaje przestrzeń, rytm, głosy i zasady. Czasami pozornie przez długi czas nic się nie wydarza, a potem któregoś dnia po prostu wstaje i odchodzi od mamy do pracy własnej.
Bo siedzenie przy mamie nie musi oznaczać, że dziecko się boi albo że nic się nie dzieje. Może oznaczać, że jest pilnym obserwatorem i ruszy wtedy, kiedy samo poukłada sobie w głowie to, co widzi.
3. „Nie opuszczę mojego dziecka. Ja też cierpię, kiedy je zostawiam”
Czasami znacznie trudniejszą pracę musi wykonać rodzic niż dziecko. Rodzicom trudno jest wytrzymać nie tylko smutek dziecka, ale również własny. Pojawiają się wyrzuty sumienia i wątpliwości: „Ono jest nieszczęśliwe”, „Jeszcze nie chcę go oddawać”, „Ja też cierpię, kiedy go zostawiam”.
Pamiętamy mamę, która do płaczącego maluszka powiedziała: „Wiem, że nie chcesz tu być. Ja też nie chcę, żebyś tu był, ale muszę iść do pracy”.
Prawdopodobnie chciała być empatyczna i nazwać to, co sama przeżywała. Tylko co właściwie usłyszało dziecko? Być może przede wszystkim: mama też uważa, że nie powinienem tutaj zostać.
Zdarzają się również obietnice: „Przyjdę dzisiaj po ciebie wcześniej”. Rodzic potem pędzi z pracy, przekłada spotkania, wpada o trzynastej, a dziecko zaczyna płakać, bo właśnie świetnie się bawi i wcale nie chce wychodzić.
Dorośli w adaptacji również potrzebują czasem zatrzymać się i usłyszeć własne słowa. Zobaczyć, co jest emocją dziecka, a co ich własnym lękiem przed rozłąką. Kiedy to dostrzegamy, rozmawiamy o tym z rodzicami wprost. Nie ukrywamy tego, co widzimy i słyszymy, nawet jeśli nie zawsze jest to łatwe do przyjęcia. Liczymy, że rodzic potraktuje nasze spostrzeżenia nie jako ocenę, ale jako drogowskaz – możliwość przyjrzenia się sobie i temu, co wnosi do adaptacji swojego dziecka.
4. Nie ma jednej instrukcji adaptacji
W adaptacji trzeba być kreatywnym, elastycznym i mieć dużo wyczucia zarówno wobec dziecka, jak i dorosłego. Nie realizujemy gotowego scenariusza, ale obserwujemy człowieka, którego mamy przed sobą.
Nie istnieje jedna instrukcja adaptacji, według której pierwszego dnia rodzic siedzi godzinę, drugiego trzydzieści minut, a trzeciego wychodzi. Jedno dziecko potrzebuje rytuału czterech buziaków, z innym idziemy pomachać mamie przez okno, a jeszcze inne długo siedzi przy rodzicu, aż któregoś dnia po prostu samo odchodzi do pracy.
5. „One robią wszystko źle”
Zdarzało nam się po zajęciach dostawać wiadomości, z których wynikało, że właściwie wszystko, co wydarzyło się na sali, było nie tak: dzieci źle jedzą, w otoczeniu znajduje się zbyt wiele przedmiotów, które mogą być dla nich niebezpieczne, inne dziecko uderzyło moje dziecko – jakie będą wobec niego konsekwencje? To jest moment, w którym troska potrafi przejść w roszczeniowość.
Długo uczyłyśmy się, jak na nią reagować. Dziś dużo częściej potrafimy pod pierwszą warstwą – oskarżeniem, pretensją, nieprzyjemnym mailem – zobaczyć lęk rodzica: czy moje dziecko jest tutaj bezpieczne, skoro mnie przy nim nie ma?
Rodzic zna historię swojego dziecka, jego zwyczaje, sposoby reagowania, to, co lubi i czego się boi. Ma prawo pytać, niepokoić się i zwracać uwagę, kiedy coś mu się nie zgadza. Ale właśnie ta bliskość i silna więź z dzieckiem sprawiają czasem, że trudno mu zobaczyć, jak jego dziecko funkcjonuje poza relacją z nim.
Nauczycielka widzi dziecko w innym kontekście niż rodzic: w grupie, w relacji z innymi dziećmi i bez stałej obecności mamy czy taty. Dlatego obie perspektywy są potrzebne. Dobrze, jeśli rodzic jest otwarty na zasady i rozwiązania proponowane w przedszkolu, a druga strona uważnie słucha tego, co rodzice mówią o swoim dziecku. Dopiero ze spotkania tych dwóch perspektyw może powstać prawdziwa współpraca.
Bywa też tak, że adaptacja w konkretnym miejscu po prostu się nie udaje – rodzice i nauczyciele nie potrafią się porozumieć. I to również jest w porządku. Nie każda placówka i rodzina muszą do siebie pasować, a zakończenie jednej próby nie oznacza ani porażki dziecka i jego rodziców, ani tego, że ktoś źle wykonał swoją pracę.
Co jest najważniejsze?
Po tych wszystkich latach pracy przy adaptacji właśnie to wydaje nam się w niej najważniejsze: wzajemne zaufanie dorosłych i ich wspólna chęć wspierania dziecka. Wiara w jego możliwości. I czuła obserwacja, dzięki której zamiast patrzeć na własne wyobrażenie o dziecku, próbujemy zobaczyć dziecko, które naprawdę stoi przed nami.
Autorka: Joanna Dubrawska

Komentarze